wtorek, 16 czerwca 2015

12. Podsumowanie: kwiecień 2015

Gumrah (1993) - Piosenkarka przemytniczką narkotyków
Mała Roshni od dzieciństwa wychowuje się tylko z matką i babcią. Sharda utrzymuje, że jej ojciec nie żyje, ale nie chce zdradzić żadnych szczegółów na temat męża. Wujek dziewczyny zabiera ją do Bombaju, obiecując, że pomoże jej zrobić karierę piosenkarki. Roshni poznaje wpływowego Rahula, dzięki któremu osiąga wielki sukces i dorabia się pewnego ubogiego, ale oddanego fana, który zarabia na życie sprzedażą biletów na czarno i przychodzi na każdy jej koncert w najróżniejszych częściach kraju.
Niedługo później umiera matka Roshni, wyjawiając jej imię ojca - Prakash Chadha. Dziewczyna wpada jednak w pułapkę Rahula i zostaje złapana w Hong Kongu z narkotykami, gdzie przemyt grozi karą śmierci. Roshni pomaga Jaggu i ojciec pod przykrywką adwokata.

Film obejrzałam w piątek i już pozostało mi w pamięci niewiele szczegółów. Średni to był film, a najbardziej nie podobał mi się zbyt duży rozrzut między pierwszą a drugą częścią.
Pewnie tak miało być, ale pierwsza połowa sugerowała typowy oldskul: próba zdobycia bogatej i zblazowanej panny piosenkarki przez ubogiego Jaggu, jego walki na pięści za pieniądze, zły Rahul jako villain, a tu nagle wielki dramat i druga część jako część więzienna w tle z wątkiem przeszłości ojca i córki.
Za dużo grzybów w jednym barszczu i za duży przeskok z masali do tragedii.

Ostatnio mocno chwaliłam Sridevi, więc jak się cieszę, że w krótkim czasie znowu trafiłam na film z jej udziałem.
Przez cały seans byłam pod wielkim urokiem jej wdzięku, czaru i figlarności, nawet gdy chodziła w więziennym wdzianku i walczyła o przetrwanie w brutalnej rzeczywistości.
Bardzo dobra rola, Roshni w więzieniu o wiele bardziej prawdziwa niż Roshni piosenkarka.

Za Sanju nigdy nie przepadałam, nie przekonuje mnie jako aktor, a jako oldskulowy kochanek zwłaszcza. Chyba o wiele bardziej nadaje się do komedii i filmów akcji niż roli typowego hiroła.
Na początku myślałam, że pójdzie to w kierunku psychicznego fana, bo zbyt mocno jej się narzucał, ale Jaggu okazał się poczciwym, prawym facetem do końca walczącym o ukochaną.

Anupam w latach 90' zaliczył chyba każdy możliwy film, bo który nie włączę to on tam jest! :P Uwielbiam go jako aktora, zawsze trzyma poziom.
Tutaj w roli skruszonego ojca, który przed laty musiał porzucić rodzinę i nigdy nie poznał córki, a potem próbujący zmazać winy, pomagając w sprawie Roshni jako adwokat.

Z zapadających w pamięć ról muszę wymienić jeszcze diaboliczną parkę strażników więziennych. Roshni i Jaggu pięknie się z nimi rozprawili. :D No i te rodzeństwo w więzieniu razem z Roshni. Ależ było mi ich szkoda przy egzekucji.
A Rahul do odstrzelenia. Nawet nie chcę wiedzieć, kto go grał. Straszne drewno.

Muzyki było mało i całe szczęście twórcom nie przyszło do głowy zrobić więziennego teledysku, ale tą smętną piosenkę po pobiciu Jaggu i przyglądaniu się temu z płaczem Roshni by sobie darowali.
Do przesłuchania urocze oldskulowe Main Tera Aashiq Hoon i Jaggu, oddany fan, śpiewający, że jest jej kochankiem. :)


Niby to nie było takie złe, ale czegoś mi zabrakło. Całe szczęście świetna Sridevi i część więzienna uratowała Gumrah.

Bombay To Bangkok (2008)
Shankar jest kucharzem i po ciężkim dniu znajduje paczuszkę z pieniędzmi. Postanawia z nimi uciec i dzięki pomyłce podaje się za lekarza i wyjeżdża do Bangkoku. Nie wie, że forsa należy do mafii, a w Tajlandii spotka miłość.

Nagesh Kukunoor ma na koncie o wiele lepsze filmy. (3 Deewarein, Dor, Aashayein czy 8x10 Tasveer) To chyba miała być mała ucieczka od poważniejszej tematyki, ale wyszła z tego karykatura. Pierwsza godzina w ogóle mi się nie podobała. Całe szczęście historyjka miłosna Shankara i Jasmine była przekochana, zwłaszcza w momentach, w których nie mogli się porozumieć ze względu na barierę językową.

Ale czy ja coś jeszcze z tego filmu pamiętam? Nic. To chyba dobrze, bo to było po prostu słabe. Szkoda Shreyasa na tak mierne projekty chociaż jego para z Leną Christensen całkiem urocza.

Same Same But Different do przesłuchania. Shreyas. <3



Asambhav (2004)
A tu sprawa jest prosta. Nie mam nic konstruktywnego do powiedzenia. O czym to w ogóle było? Bo tu było wszystko. Jakaś bezmózga piosenkarka, która nie czyta umów, Arjun komandos, porwanie prezydenta, odwieczny konflikt Indii i Pakistanu o Kaszmir, terroryści, nawalanki, nudne piosenki, SA Mumaith Khan, a akcja z piłą mechaniczną przebiła wszystkie absurdy tego filmu. No i ten straszny montaż, dzielenie ekranu na milion części i Naseeruddin i jego BOOM!...

Najbardziej zmarnowane 2,5 godziny mojego życia. Zdecydowanie to poziom takich kuriozów jak Silsiilay, Rakht i Kaal. Yeh Lamhe Judaai Ke to przy tym dzieło indyjskiej kinematografii.

Oglądałam to wczoraj przez cały dzień i z każdą kolejną minutą byłam tak sfrustrowana tym filmem, że cieszę się, że udało mi się to jednak przeżyć, ale moje zdrowie psychiczne zostało mocno nadszarpnięte.
To było STRASZNE. Nigdy, przenigdy więcej.

Koji jajka najlepsze. :P


Pattiyal (2006) - Zawodowcy
Kosi i Selva zaprzyjaźniają się w dzieciństwie i są dla siebie jedyną rodziną. Kosi pije na umór i za wszelką cenę stara pozbyć się upierdliwej Saro. Z kolei Selva jest głuchoniemy i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w Sandhyi, która sprzedaje mu leki na przeziębienie. Aby przeżyć, trudnią się zabijaniem na zlecenie. Czy jednak sami w końcu nie staną się ofiarami?

Tamile stoją na trzecim miejscu w hierarchii moich ulubionych kinematografii z Indii. Jak już to zawsze bardziej podchodziły mi telugi, bo tamile są jednak mocno specyficzne i ciężko przekonać się laikowi. Ja sama nadal nie jestem z nimi mocno zaznajomiona i raczej od nich uciekam. Zatem bardzo miło było zaskoczyć się Pattiyal.

Pierwsza część była trochę przydługim wprowadzeniem, wątek Kosiego i Saro nudził mnie niemożebnie, ale druga zdecydowanie wciągnęła chociaż oczywiście wcześniej nie uniknęłam spoilerów i wiedziałam jak to się skończy. Nie zepsuło to jednak oglądania.

Na pierwszy plan wcale nie wychodzą wątki miłosne ani nawet profesja głównych bohaterów, ale ich przyjaźń. Niezwykła od samego początku do samego końca. Tak strasznie było mi żal ich tragicznego końca, ale czy można usprawiedliwiać morderców? Ludzi, którzy zabijają z zimną krwią i biorą za to pieniądze? A z drugiej strony skłonnych jednak do takich uczuć jak miłość i przyjaźń? To miała być ich ostatnia robota, z zapłaty mieli zostać ustawieni do końca życia. Może udałoby im się stworzyć normalne domy z Saro i Sandhyą? Mimo że mieli wady, czuło się do nich sympatię, a w następnej scenie Selva zabija cel i świadka w jej własnym domu. Ale to dobrze, że te postacie były niejednoznaczne.

Zdecydowanie bardziej kibicowałam Selvie i Sandhyi niż Kosiemu i Saro, ale to chyba dlatego, że Bharath skradł show Aryi. Nie wypowiedział nawet słowa, a zakasował wszystkich. Wydaje mi się, że pierwszy raz widziałam go na ekranie, więc jestem pod niemałym wrażeniem. Świetna rola! Zdecydowanie usunął Aryę w cień.
Z pań też bardziej podobała mi się Pooja niż Padmapriya, ale po prostu nie znoszę takich wrzeszczących i narzucających się trzpiotek jak Saro. O wiele lepiej wypadła spokojna i dobroduszna Pooja w roli Sandhyi.

Muzyka trochę zlała mi się w jedno, ale piosenki były dobrze dopasowane do historii, nie raziły i nie były długie. Idealnie wyważone i pasujące. Mnie już chwyciło energetyczne Dei Namma Melam.


Jukebox do przesłuchania:


Trochę gangsterki, trochę brutalnych nawalanek, urocza historia Selvy i Sandhyi, a przede wszystkim siła przyjaźni. Bardzo podobał mi się również pouczający morał, z którego wynika, że ten biznes to niekończące się koło. Na miejsce jednego zabójcy pojawi się następny. A to straszna wizja.
Naprawdę dobry film. Świetna odtrutka po koszmarze z Asambhav.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz